Michał Cichy: 5:29

image

Doszedłem Niemcewicza do Grójeckiej i skręciłem w prawo. Przed wymarłą altaną Non Solo Pizzy minęła mnie dziewczyna w białych spodniach za kolano i w czerwonych japonkach. Ten strój był zdecydowanie z wczoraj. Wolny leniwy krok też na to wskazywał. Miała spięte gumką blond włosy. Rozsiewała mocny zapach mydła w płynie. Nie została na śniadanie, ale wzięła prysznic.
Przy kracie w nocnym na rogu Słupeckiej nie było nikogo. Przed proboszczowską kamienicą, w której jest lumpeks, spotkałem znajomego z Sękocińskiej. Ten znajomy, starszy facet o wyglądzie i manierach chłopka, zamiatał miotłą liście z chodnika.
– Nająłem się od grudnia – powiedział.
W jego oddechu czuło się nieprzetrawioną wódkę. Miał czerwone oczy.
– Lubię robić wcześnie, bo nikt mi wtedy nie przeszkadza – powiedział. – Mam emeryturę, ale tutaj się robi dla ludzi i dla Boga, nie?
Po wschodniej stronie placu Narutowicza jedna chmura zaczęła się jarzyć na biało. Poszliśmy z suką dalej i skręciliśmy w prawo w Kopińską. Stacja BP świeciła się jak zawsze, ale przy dystrybutorach nie stało ani jedno auto. Dalej spotkaliśmy łysego faceta w dżinsowej kurtce. Szedł krokiem wyspanego człowieka. Dla niego dzień pracy właśnie się zaczynał. Była piąta dwadzieścia dziewięć. Niebo nabrało koloru brudu z niebieskimi przetarciami.
Michał Cichy, Zawsze jest dzisiaj, Wołowiec 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *