Shuty: Gówniane wesele

W rodzinnym domu ojca żył jego ojciec. Dziadek dawno stracił kontakt ze światem, ale z łatwością nawiązywał kontakt ze zwierzętami. Zdarzyło się wówczas, że udomowił kawkę. Ptak ten łatwo przywiązuje się do człowieka i bywa w obyciu niezwykle wdzięczny. Uwielbia bawić się i droczyć, siada na ramieniu, łuska z włosów słomę, ostrzy dziobek na siekaczach, sprytnie wyjmie zwisającego z ust peta, czasem stuknie delikatnie dziobem w głowę, tak jakby chciał zapytać: jest tam kto? Kawka była tak bardzo przywiązana do rodziny, że chciała lecieć z nami do kościoła, ale ojciec, skonfliktowany z dziadkiem, zdecydowanie tego zabronił – kto to widział, ptak w przybytku Bożym?
Przejechaliśmy przez kilka bram, obdarowaliśmy sąsiądów wódką i plackami, dotarliśmy do kościoła. Idę o zakład, że nikt nie myślał o nabożeństwie i sakramentach. Każdy jak jeden modlił się o szybkie zakończenie mszy, oczami duszy widzieliśmy wyżerkę, ba, czuliśmy jej zapach. Pośpiechu, z jakim wracano na włości, nie trzeba tłumaczyć. Prowadzeni przez młodych goście wpadli do domu, przez rozwarte na oścież okna wiał przyjemny wietrzyk. Rozsiedliśmy się za stołami, ale coś było nie tak. Pod nieobecność dokonała się tu jakaś hekatomba. Niemal każda z potraw została zbezczeszczona. Ślady ptasich pazurów widniały na galaretkach, ziemniaczkach, sałatkach. Rozbebeszone serniki, rozkruszone przekładańce, rozpaćkana masa budyniowa. Na domiar złego po całym zakrytym białym obrusem stole walały się pozostałości procesów trawiennych. Ptak poszedł po bandzie i urządził sobie wielkie żarcie, dedykując odchody człowiekowi. Świecące po oczach gówno zalegało na szynkach, kiełbasach, salcesonach, pajdach chleba, weselnym torciku. Od dawna podejrzewałem, że tradycje kulinarne mojej rodziny sytuują się po stronie specyficznie pojmowanej awangardy. Teraz znalazłem na to kolejny niezbity dowów: wszyscy zrobiliśmy dobrą minę do złej gry i życząc sobie smacznego, zabraliśmy się do konsumpcji. Teraz, po latach, obserwując tendencje rozwojowe rynku restauracyjnego, mogę zaryzykować stwierdzenie, że był to pierwszy w historii wolnej Polski ekomolekularny eksperyment gastronomiczny.

Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte, Kraków 2013, s. 22-23.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *