Jonas T. Bengtsson, Baśń

image

Przez cały dzień ojciec powtarzał: „Śpij. Musisz spać. Dlaczego nie śpisz? Połóż się. Wieczór będzie długi”. Jemy kotlety siekane ze smażoną cebulą. Kiedy talerze już stoją w zlewie, ojciec czyta książkę, a ja maluję na sztalugach. Próbuję namalować konia, ale nogi mi nie wychodzą, wiszą pod końskim brzuchem i przypominają gotowane spaghetti. Ojciec patrzy na zegar ścienny i mówi, że zaraz wychodzimy. Ale najpierw muszę włożyć ubranie. Wszystko, co mam.

– Wszystko?

– Tak, wszystko.

Wkładam T-shirty na inne T-shirty, na to bluzy, trzy pary skarpet.

– Dokąd idziemy? – pytam.

Ojciec tylko się uśmiecha i naciąga mi czapkę na uszy. Torba dzwoni metalicznie, kiedy ją podnosi. Panie na ulicy mają wysokie obcasy, a spod zimowych kurtek wystają im suknie. Mężczyźni są w koszulach z krawatem albo muszką. Niektórym chyba się spieszy, inni się śmieją, piją i krzyczą. Toczę się po ulicy z rękami odstającymi od ciała. Mam ochotę się położyć, żeby ojciec mnie turlał. Po przejściu paru ulic zatrzymujemy się, patrzę za wzrokiem ojca na budynek z czerwonej cegły po przeciwnej stronie ulicy.

– Poskacz trochę w miejscu, żebyś nie zmarzł.

W oknie na pierwszym piętrze stoi jakaś para, pije wino. Słyszę muzykę dobiegającą z góry, a w jednym z okien widzę podskakującego mężczyznę w papierowym kapeluszu na głowie. Mróz przenika przez moje robione na drutach rękawiczki, podkurczam palce w butach i liczę papierosy wypalone przez ojca, pali już czwartego, pstryknięciem wyrzuca niedopałek, który wpada w zaspę. Grzebie w kieszeni, szukając następnego papierosa, kiedy otwierają się wejściowe drzwi. Ojciec łapie mnie za rękę, przechodzimy przez ulicę.

– Zdejmij czapkę i staraj się wyglądać tak, jakbyś szedł na zabawę – mówi.

Z drzwi wychodzi mężczyzna, potyka się i prawie się kładzie na zaparkowanym samochodzie. Za nim już idzie inny, w ręku trzyma butelkę, uśmiechają się do siebie. Ojciec w ostatniej chwili łapie drzwi, zanim się zatrzasną. Wchodzimy na górę po schodach, słyszę muzykę, podniesione głosy dobiegające zza drzwi na klatce. Czuję zapach jedzenia. Na trzecim piętrze śpi na wycieraczce mężczyzna. Przechodzimy ponad nim i wspinamy się dalej. Na końcu schodów są pojedyncze drzwi bez żadnej wizytówki. Ojciec wyciąga z torby śrubokręt, a potem młotek. Dwa piętra pod nami otwierają się jakieś drzwi, słyszymy kroki, ale one schodzą, a nie idą na górę. Ojciec wsuwa śrubokręt między drzwi a futrynę, w drugiej ręce trzyma przygotowany młotek, patrzy na zegarek.

– Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

Wszystkie dźwięki nagle nabierają mocy. Ludzie krzyczą, tupią, klaksony trąbią.

– Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku – mówi ojciec i uderza młotkiem w śrubokręt, który zagłębia się w drewno.

Wali jeszcze raz, dźwięk zlewa się z tysiącem innych dźwięków. Ojciec wyłamuje drzwi, idziemy wąskim korytarzem z drewnianymi drzwiami po obu stronach. Na końcu nieduża drabinka prowadzi do klapy w dachu, zamkniętej na kłódkę, która również zostaje potraktowana młotkiem. Wychodzimy na dach tuż przy kominie. Skośnie opada po obu stronach, ale na samym środku jest płaski kawałek, szeroki na jakieś trzy–cztery metry. Ojciec wyciąga z torby koc, rozkłada go, a w kolejne koce owija nas obu. W końcu wyjmuje z torby termos z gorącym kakao. Leżymy na plecach obok siebie, oglądamy fajerwerki, miasto eksploduje światłem, ze śmiechem zatykam uszy. Wokół nas rakiety wpadają do rynien.

Jonas T. Bengtsson, Baśń, tłum. Iwona Zimnicka, Czarne 2013

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *