M. z lekkością przebijała Nietzschego i Dostojewskiego. Nie dziwi mnie to, ale uświadamiam to sobie późno. Nie: “za późno”, bo ani rujnujące wielką miłość “katastrofalne spóźnienie”, ani ocalające “przybycie na czas” nie wchodzi w tym wypadku w grę, gdyby nie obrzydzenie do tego rodzaju terminologii, powiedziałbym oczywiście: “toksyczny związek”; niczym feralne zaklęcie wyzwoliłoby to demony płycizn, tandet i banałów; jakbym już tego martwego wyrażenia użył, być może (w poczuciu jałowizny zupełnej) brnąłbym w jakieś dalsze spekulacje, w jakieś żałosne efekty, że niby każdy toksyczny związek ma się za wielką miłość i każda wielka miłość prędzej czy później obraca się w toksyczny związek itp., itd. Mógłbym się na śmierć tego typu formułami zakiwać, nic by one nie mówiły, nic by z nich nie wynikało, z drugiej strony tego rodzaju napuszona ogólnikowość pasuje tu jak ulał.

Jerzy Pilch, “Tygodnik Powszechny” 34/2012, s.35.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *