Retoryczność estetyki melancholijnej przenosi często siłę ekspresji w samą materię języka, odwiązuje słowa od rzeczy. Tak określał stosunek języka do rzeczy również Roquentin: “Rzeczy oderwały się od słów i są tutaj, groteskowe, uparte, olbrzymie… nienazwane”. Ta strata kontaktu mówi dwojako o zerwaniu: ludzkie określenia, nazwy nie potrafią już okiełznać rzeczy, ześlizgują się po nich, od nich odpadają i oto naprzeciw nas wznosi się dziwna, nieuchwytna, nienazwana obecność, z którą – takie jest właśnie obsesyjne doświadczenie Roquentina – trudno się pogodzić i której niepodobna się oprzeć. Ale też w tym pęknięciu więzi wyraża się jakaś nieokreślona, prymitywna, nieposkromiona rozpacz ze względu na to, co jest, ze względu na świat, jaki jest, i wobec nieodgadnionej straty, która go – jak, kiedy, gdzie? – dotknęła. Wówczas, rozkołysany tym doznaniem, język potrafi, niczym Szekspirowski czas w słynnym określeniu (time is out of his joint), wyskoczyć ze swych kolein. Więc wyskoczył: składnia czy cała gramatyka, o której wspomina Foucault, teraz niszczona jest już wręcz dosłownie, doprowadzana do granicy błędu. Niekiedy ją przekracza: leksykalne dziwności i dziwactwa naruszające normę; wykręty, załamania przypominające zniekształcenia Baconowskich twarzy; słowa ścigające siebie, grające tylko ze sobą, chętnie się rymujące (prosto i byle jak, bo taki rym najlepiej wypowiada rozpacz ich niepotrzebnej wolności bez rzeczy), tak jakby utraciły wszystkie punkty odniesienia i przestały zarówno znaczyć, jak i oznaczać. Albo, w barokowym nagromadzeniu skojarzeń i odbić, słowa gwałtownie krążące wokół rzeczy i czyniące z każdej nie miejsce jednego znaczenia, lecz pustkę, która może się zapełnić każdym znaczeniem; słowa maltretujące więc niejako rzeczy, bombardujące je swym nadmiarem, męczące nieprecyzyjnością swych ustaleń. Kiedy melancholia nie dociera do trwałego sedna rzeczy, do tego, co jest w nich bezsprzecznie istniejące, powstałe, zbudowane, i dostrzega nade wszystko ich drugie dno, żrącą ich nicość i absurd ich masy, kiedy nie umie przedstawiać rzeczy takimi, jakie są w swym oczywistym ujawnieniu się, to wobec tej niemożności przedstawienia, sam język staje się okiem, a mówienie – widzeniem. I w samym języku rozgrywa się (to jeszcze jeden motyw melancholijnej “krytyki języka”) jedyne dostępne melancholii igrzysko nieograniczenia, nieskończoności, egzaltacji brakiem kresu, gdy słowa przychodzą aż do zadławienia, aż do wyczerpania, aż się wszystkie wypowiedzą.

Marek Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 2012, ss. 52-53.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *