Czym innym jest rozmyślać, czym innym – widzieć i opisywać swoje widzenia w książce. Teresa w klasztorze Świętego Józefa w Awili mawiała: Nie trzeba oczyszczać pragnienia z cielesnych i mimowolnych obrazów, jakimi się ono żywi. (s. 10)

In umbra voluptatis lusi.

Igrałem w cieniu rozkoszy.

To jakże proste zdanie przypisywane jest Petroniuszowi.

Należałoby przetłumaczyć to precyzyjniej: igrałem w cieniu rozkoszy seksualnych. (s. 10)

Wyżej siebie nie podskoczysz.

Nie ominiesz własnego cienia.

Nie przeskoczysz nad sromem matki. (s. 16)

Któż nie kocha tego, co kochał? Trzeba kochać to, co stracone, i w tym, co stracone, dotrzeć miłością do Niegdyś.

Do ogrodu w zgasłej naturze i do Raju w Ogrodzie.

Trzeba kochać brak, a nie próbować się z niego wyzwalać.

Trzeba kochać różnicę seksualną; 

kochać nagość w otworach ciała,

kochać zatratę. 

Czas czcić czas. (s. 16-17)

Lubił niedostatek światła na ciele kobiety, która zdejmuje bieliznę spowijającą jej gładki brzuch i nagie sutki jedynie po to, by je powierzyć ciemnościom; jej zapach jest mocniejszy; jej skóra bardziej naga i słodka; jej rysy, stając się bardziej widmowe, są bardziej kobiece; wyłania się z przeszłości; jest pogodzona z mrokiem swego rozkwitającego seksu i nie pozwala zapomnieć, że tam był ongiś nasz przebyt. (s. 39-40)

Ciało, różnica seksualna, śmierć i uczucie to takie same refleksy jak żonkile czy karpie, jak słowo brahman, jak kwadratura koła. Jak różne płcie sczepiają się nagle w podrygach, jak mieszają się żywioły, tak samo wędrują dusze. Migrują od matek do córek, od białych robaków czy gąsienic do motyli i chrabąszczy, od śpiewaczek do tamborków, od asasynów do lutni i wiol. To spuszczanie wody. Ono pozwala interpretować nieinterpretowalne.

Oto słowo Tukarama: Wycierpiałem przerażające nieszczęścia. Nie wiem, co jeszcze skrywa przede mną przeszłość.

Plotyn mówił, że kolejne reinkarnacje przypominają mężczyznę, który sypia w różnych łóżkach.

Wszystkie myśli, slowa, uczynki i zaniedbania tkają ciało, które nadejdzie.

Sanskryckie słowo karma oznacza tkaninę, będącą dziełem tych zachowań bez względu na ich sens. (s. 58-59)

Wewnętrzny jest stopniem wyższym we wszelkiej rzeczy z wnętrzem.

Intymny jest stopniem najwyższym.

To głos intymny do tego stopnia, że nie udźwignie go nawet powietrze.

Że nie podda się prawom oddechu w ciele. (s. 106)

Fascynacja, jaką wywierają narządy seksualne wystawiane niczym dzieła sztuki – dzieła sztuki obnażają – polega na możliwości wydobycia z tysiącletniego dystansu nostalgii za tym, czego już nie ma.

Są to przecież godła, wisiory i proporce tajemniczej wyspy, skąd wszyscy pochodzimy i gdzie nikt nie dotrze – bo nawet jej ślad zaginął w oddali, w nieredukowalnej różnicy, wieku, trwaniu, śmierci, posłusznym i skostniałym języku.

Sztuka – na równi z ciążą, na równi z porodem, tak jak seksualność i jak namiętność – wiąże się z przeszłością. To paradoks Gongsun Longa. Wymierzony w coś palec znika nie tylko w demonstracji, bo nieobecny jest już w nazwie, którą za chwilę pierwszy raz wyjąkają usta dziecka, próbującego to coś wskazać.

Wszelkie dzieło sztuki jest ową pramową, to znaczy światem zagłębionym w przedświat.

Dawniejszych dzieł, rozkoszy seksualnej, języka pisanego i sztuki wciąć trzeba bronić – i nie można między nimi robić różnicy. (s. 128-129)

Przedpotopowe lśnienie miłości, 

nasze lśnienie na sposób przedludzki, właściwy ssakom przy parzeniu się i rozmnażaniu, 

przedpotopowe lśnienie spermy,

mleka, 

fali rozbijającej się o ciemną skarpę na brzegu morza,

to najbardziej wzruszające z rzeczy, jakie ożywiają ludzi.

Sperma, powołująca niewidzialną scenę. (s. 135-136)

Pascal Quignard, Błędne cienie, tł. Tadeusz Komendant, Warszawa 2004.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *