Wtedy Jed jeszcze nie wiedział, podobnie jak Vanessa, że kwiaty to nic innego jak organy seksualne, kolorowe waginy zdobiące powierzchnię świata, wydane na lubieżne chucie owadów. Ludzie i owady, inne zwierzęta zresztą też, zdają się zmierzać do jakiegoś celu, ich ruchy są szybkie i celowe, natomiast kwiaty tkwią w słońcu, olśniewające w swym bezruchu. Piękno kwiatów budzi smutek, gdyż są delikatne i skazane na śmierć, jak wszystko na świecie oczywiście, ale kwiaty zwłaszcza; podobnie jak w wypadku zwierząt ich zwłoki są groteskową parodią ich istoty żywej; podobnie jak w wypadku zwierząt ich zwłoki cuchną – wszystko to można zrozumieć, jeśli choć raz przeżyło się następstwo pór roku. Że kwiaty gniją, Jed pojął już jako pięciolatek, może nawet wcześniej: w parku otaczającym dom w Le Raincy rosło wiele kwiatów i drzew, a poruszane wiatrem gałęzie były chyba jedną z pierwszych rzeczy, obok nieba i chmur, jakie zauważył, gdy jakaś dorosła kobieta (matka?) woziła go w wózku na spacer. Wola życia przejawia się u zwierząt w szybkich przemianach – wilgotność otworu, sztywność penisa, wydzielanie soków nasiennych – ale o tym dowiedział się znacznie później, na balkonie w Port-Grimaud, za pośrednictwem niejakiej Marthe Taillefer. U kwiatów chęć życia przejawia się w tworzeniu olśniewających kolorowych plam, które łamią zielony banał krajobrazu wiejskiego czy bezbarwny miejskiego, przynajmniej w tych miastach, w których rosną kwiaty.

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium, Warszawa 2011, ss. 29-30.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *