Patriotyzm będący de facto łagodną postacią nacjonalizmu – bo “ojczyzna” jest ponoć starsza, bardziej zakorzeniona i szanowana niż “naród” – ten śmieszny wynalazek natury polityczno-administracyjnej, zmajstrowany przez żądnych władzy polityków i intelektualistów łaknących pana, czyli mecenasa, czyli hojnych cycków do wysysania – otóż patriotyzm jest niebezpiecznym, a przy tym zręcznym alibi dla wojen nie wiem ile razy dziesiątkujących planetę, dla despotycznych zamachów sankcjonujących dominację silnego nad słabym, jest egalitarystyczną zasłoną dymną, która swymi trującymi obłokami otumania i klonuje ludzkie istoty, narzuciwszy im jako najistotniejszy i nieodwołalny, a naprawdę jakże przypadkowy wyznacznik: miejsce urodzenia. Pod przykrywką patriotyzmu i nacjonalizmu czai się płomień złowrogiej kolektywistycznej utopii tożsamości, ontologiczne zasieki mające zjednoczyć w nieodwołalnym, niezłomnym braterstwie “Peruwiańczyków”, “Hiszpanów”, “Francuzów”, “Chińczyków” itd. I państwo, i ja wiemy, że kategorie te to kolejne paskudne kłamstwa, które mają doprowadzić do zapomnienia różnorodności, sprzeczności, wielorakości, skasować wieki rozwoju człowieka, cofnąć cywilizację do barbarzyńskich czasów sprzed momentu pojawieniu się indywidualności, czyli racjonalizmu i wolności, dla państwa informacji – trzech spraw związanych ze sobą nierozerwalnie.

Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta, Kraków 2010, ss. 245-246.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *