Wybrali się z Matthew i Joanną na plażę – gdzie indziej mogliby pójść? – i Peter siedzi na gruboziarnistym piasku, podczas gdy Matthew i Joanna brodzą w płyciznach jeziora, rozmawiając ze sobą cicho, ale z zaangażowaniem. Joanna definiuje pojęcie pożądania krągłymi pośladkami na wpół zakrytymi literą V bikini w kolorze kantalupy. Matthew dzięki jeździe na łyżwach jest szczupły i muskularny; kręcone ciemnoblond włosy sięgają mu prawie do karku. Stoją we dwoje w granatowoczarnej wodzie tyłem do Petera, spoglądając w stronę mlecznej mgiełki na horyzoncie, i gdy Peter patrzy na nich z brzegu, zalewa go fala uczucia, zupełnie niespodziewanie; wrażenie, które zaczyna się w trzewiach i rozpływa po całym ciele, przyprawiając go o zawrót głowy. Nie jest to pożądanie, nie do końca, choć i ono jest w tym obecne. To czyste, elektryzujące i lekko przeraźliwe zrozumienie tego, co później będzie nazywał pięknem, choć nie jest to do końca właściwe słowo. To przyprawiające o dreszcze wrażenie boskiej obecności, niewypowiedzianej doskonałości wszystkiego, co istnieje teraz, co będzie istniało w przyszłości, ucieleśnione przez Joannę i jego brata (nie można zaprzeczyć, że brat jest tego częścią) stojących po kostki w wodzie jeziora, pod bladym szarym niebem, które wkrótce przyniesie przelotny deszcz. Czas zamiera. Z Joanny i Matthew, z jeziora i nieba emanuje żywe wspomnienie kostiumu kąpielowego, który Joanna ma na sobie w tej chwili, a także zapach jodły balsamicznej, który właśnie czuje w nosie Peter; bezradnego zapału ojca i gorliwej opiekuńczości matki oraz tego, jak oboje się zestarzeją i wyblakną (on rozgoryczony, ona złagodniała, wyzwolona mająca coraz mniej do stracenia); Emily doprowadzającej Petera do wytrysku pod trybunami i jego zalotów do przebiegłej, rudej Carol, która będzie jego dziewczyną prawie do dyplomu; szkolnego zegara podświetlonego jak księżyc w pełni pod wieczornym niebem i klimatyzowanego powietrza o zapachu proszków w aptece Hendrix i wielu, wielu, wielu innych rzeczy. Matthew i Joanna weszli do jeziora Michigan w leniwe sobotnie popołudnie i przywołali cały niezamierzony, zadziwiający świat. Po chwili oboje wrócą na plażę, usiądą obok Petera. Joanna zwiąże włosy gumką, Matthew obejrzy pęcherz na lewej stopie. Świat dookoła poukłada się na nowo, chociaż Peter położy rękę, delikatnie, na karku Matthew, a Matthew puści pokrytą pęcherzami stopę i ściśnie Petera za prawe kolano, jak gdyby rozumiał (choć rozumieć w żaden sposób nie mógł), że Peter miał właśnie wizję. Peter nigdy do końca nie pojmie, dlaczego świat postanowił mu się ujawnić na krótko w tak zwyczajnym momencie, ale będzie to łączył z Matthew i Joanną, zaczarowaną parą, mityczną, idealną, wieczną i czystą jak Dante i Beatrycze.

Michael Cunningham, Nim zapadnie noc, Poznań 2011, ss. 127-128.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *