W restauracyjnej toalecie wzięłam jego penisa do ręki i posmutniałam, gdy dotarło do mnie, że do tej pory nigdy nie przejmowałam inicjatywy w łóżku. Był rok 1992, miałam dwadzieścia dwa lata i byłam do niczego. Znowu wybuchnęłam płaczem.

Księżyc w pełni wschodził za oknem. Musiałam go mocno przytrzymać; miałam swoje metody. Uklękłam i rozpoczęłam modlitwę. Światło księżyca było tak mgliste; wydawało mi się, że tracę zmysły. Był miękki w mojej dłoni, a ja musiałam go kochać. Kochać, by stał się piękny. Chciałam go trzymać, ściskać tak mocno, aż go zgniotę. Ssałam go, wyssałam jego mokrą duszę aż do końca, aż zatrzasnęła się ta furtka do jego życia. Był tylko mój. Nauczyłam się robić mu dobrze, nauczyłam się błagać i modlić. Był moją ofiarą; chciałam go wywrócić na lewą stronę. Boże, jak bardzo pragnęłam, żeby moje pieszczoty zamieniły się w przekleństwa, chciałam pieścić go całego, z nieskończoną czułością, aż wyszepcze do mnie cicho i wyraźnie: “Kocham cię!”

Połknęłam; przyjąwszy w siebie jego nasienie, odnalazłam się na nowo.

Wprowadziłam się z powrotem. Znowu razem, trzymając się za ręce, pędziliśmy w stronę niepewnego jutra.

Mian Mian, Cukiereczki, Warszawa 2007, s. 61.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *