Ostatnie ślady nerwowości to już tylko pospieszne szukanie szpilek do włosów i pończoch, lekkie drżenie przy nakładaniu tuszu do rzęs i manipulowaniu szminkami do powiek, cienkimi pędzelkami do kresek, przy zanurzaniu lekkich kłębków waty w jasnym i ciemnym pudrze. Albo niepowstrzymane wilgotnienie oczu w trakcie biegania tam i z powrotem między łazienką a korytarzem, szukanie torebki, chusteczki, opuchnięcie ust, są to tylko takie drobne zmiany fizjologiczne, lżejszy chód, który podwyższa o centymetr, i lekki ubytek na wadze, ponieważ później nadchodzi popołudnie i biura kończą pracę, a wtedy zaczyna się infiltracja tej partyzantki snów na jawie, która przenika i podburza Ungargasse, nagle opanowuje ją całkowicie swoimi wspaniałymi proklamacjami i jedynym hasłem, którym posługuje się, aby osiągnąć swój cel, a jakże to hasło, które już dziś oznacza przyszłość, mogłoby brzmieć inaczej niż Ivan.

Brzmi ono Ivan. Zawsze i wciąż Ivan.

Ingeborg Bachmann, Malina, Warszawa 1975, ss. 33-34.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *